JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Z drugiej strony bloku operacyjnego, czyli co dzieje się, zanim nas pokroją

48 597  
334   70  
Blok operacyjny to terytorium chirurga. On jest tam panem i władcą, on decyduje jak ma leżeć pacjent, gdzie mają stać maszyny, gdzie studenci, jak pacjent ma być znieczulony. I o tym znieczulaniu słów kilka.


Tegoroczne wakacje miały mi upłynąć w miłej atmosferze nicnierobienia i odpoczywania od studiowania medycyny. Jednak błogość zakłócał mi jeden mały szczegół: praktyki z anestezjologii.

Przyszłam do szpitala, myślałam, że przyjdę i szybko wyjdę, przecież to tylko siedzenie i patrzenie, jak pacjent śpi.

Ale zamiast tego zostałam odesłana na blok.

Weszłam na salę i stanęłam obok anestezjologa, którego mi przydzielono, pacjent już leżał. "Będziesz wentylować, odkręć sobie tlen i załóż pacjentowi maskę". Aż podskoczyłam nie spodziewając się, że zostanę w ogóle zauważona i spojrzałam na maszynę "do wszystkiego". Dużo wskaźników, dużo przełączników, szukam wzrokiem tego tlenu, żeby w pierwszej minucie nie wyjść na głupka. Jest! Dobra, odkręcam, wertuję w myślach całą swoją wiedzę ile mam go podawać, znacznik powoli przesuwa się w górę, ja cała się trzęsę, ale na szczęście po chwili słyszę "stop". Zakładam pacjentowi maskę, na razie nie śpi, więc tylko zakładam. Pacjent wyluzowany, coś nam opowiada. Wtedy mój anestezjolog uśmiecha się lekko do mnie wskazując wzrokiem na pacjenta, podchodzi ze strzykawką i podaje lek. Pacjent dalej mówi (może ze zdenerwowania, może lubi mówić), nagle w połowie słowa cisza. „Przyłóż tę maskę mocniej, bo on już nie oddycha”. No tak, żeby móc operować, nie wolno pacjentowi pozwolić oddychać samemu, musi to robić maszyna, czyli respirator. Ale zaraz, przecież maszyna go nie wentyluje, ja go wentyluję!

Przypominam sobie lekcje pierwszej pomocy, kiedy wentylacja manekina była drogą przez mękę, bo maska nie przylegała nigdy dobrze i powietrze wychodziło którędy tylko mogło. Człowiek nie manekin, niby lepiej, bo nie jest taki twardy i sprężysty, ale i tak muszę tę maskę wcisnąć dość mocno, równocześnie unosząc żuchwę tak, żeby drogi oddechowe się nie zapadały (jak nie trzymasz, to pchasz powietrze do żołądka zamiast do płuc). Nie to było jednak dla mnie najtrudniejsze. Pacjent nie oddycha, ja muszę sama decydować, kiedy mam wpompować w niego powietrze. Nie oddycha, więc mam podświadomie ochotę robić to co chwilę, bo przecież NIE ODDYCHA, ale nie można. Tlenu w naszym powietrzu jest 21%, mojego tlenu jest dużo więcej, więc nie trzeba oddychać tak często.
Przychodzi czas na osławioną wśród studentów medycyny intubację. To najprościej mówiąc zakładanie rurki sięgającej oskrzeli, żeby tlen z respiratora trafiał prosto na miejsce, czyli do płuc. Jedyne zdanie jakie szumi mi w głowie o intubacji powtarzane w czasie studiów wielokrotnie „nie intubuj jak nie musisz, intubować potrafisz tylko jak robisz to codziennie”. W tym momencie w moich rękach ląduje łyżka (narzędzie do trzymania języka, żeby nie przeszkadzał i do oświetlania, żeby nie robić nic na ślepo) i rurka. Jeszcze się z szoku nie otrząsnęłam, ale oto jestem ja, Tylkostudent z łyżką założoną (z pomocą lekarza) i patrzę na oświetlone wnętrze gardła pacjenta. Razem zakładamy rurkę. Już wiem, czemu tak mówią o intubacji. Niewiele widzisz, ręka się trzęsie (bo nie masz wprawy) i jedyny otwór, który wręcz zapraszająco wygląda dla rurki to... przełyk. Nie chcesz rurki w przełyku, chcesz dostać się do płuc, nie do żołądka, jednak rurka sama kieruje się (dokładnie tak jak jedzenie czy picie) do przełyku.
Teraz podłączamy maszynę (tak, intubacja musi trwać dość krótko, bo pacjent przecież nie oddycha) i ustawiam (!) ile razy w ciągu minuty pacjent robi oddech, jaką objętość powietrza dostanie.


Wreszcie możemy zrobić to, z czym kojarzy się większości anestezjologia: spocząć na stołeczku i czekać, aż chirurdzy zrobią swoje.
Nie chce mi się siedzieć, oglądam operację, bo za parawanem nic się nie dzieje (przed rozpoczęciem właściwej operacji zakładamy parawan oddzielający głowę od reszty ciała: głowa jest „nasza”, bo tam są nasze rurki, reszta należy do chirurga).

Operacja trwa w nieskończoność, bo pacjentowi krwawi wszystko co może (jedni pacjenci są bardziej krwawi, inni mniej), chirurdzy nie są pewni, ile jeszcze potrwa.

Nasze leki (na ból, na sen i na zwiotczenie, żeby pacjent się nie ruszał we śnie) nie działają wiecznie, trzeba je uzupełniać. Ale za dużo nie można podać, bo będziemy potem czekali następną godzinę (albo i dłużej) aż pacjent się obudzi, a co za dużo respiratora, to niezdrowo, poza tym lekarz ma następne zabiegi, nie może siedzieć i czekać tyle czasu. (Nie wspominając o efektach ubocznych leków, można nimi np. zatrzymać akcję serca).

Już sytuacja opanowana, już chirurdzy szyją powłoki (skórę i tkankę podskórną, czyli tłuszczyk). Ale nie, pacjent jest przy kości, więc szycia tłuszczyku jest dużo, i znowu krwawi. Mój anestezjolog się denerwuje, bo mieli już kończyć, oni że spoko, już kończą, w tym momencie pacjent machnął ręką prosto w chirurga. Wyobraźcie sobie scenę, gdy ktoś leży na stole operacyjnym, szyją mu brzuch, a on zaczyna machać rękami. Wtedy z prędkością światła podajemy lek i pacjent się już nie rusza, ale nikt nie lubi, jak pacjent przeszkadza w operacji (leki zwiotczające mięśnie trzeba podawać częściej niż pozostałe, nie ma możliwości, żeby się pacjent obudził w czasie zabiegu).

Dobra, skończyli zabieg. Ja zwykle w tym momencie wychodziłam z sali, więc teraz uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia, co się teraz dzieje. Otóż nic się nie dzieje, poza drobnym szczegółem w postaci odłączenia respiratora od rurki pacjenta. Znowu nie oddycha. Ale tym razem nie dostałam żadnego polecenia, patrzymy w monitor (pokazuje nam ile tlenu ma pacjent we krwi), na pacjenta i tyle. Pogadaliśmy chwilę o wakacjach (tak, pacjent dalej nie oddycha), wtedy na monitorze pojawiają się pierwsze zakłócenia poziomej linii (mówiącej, że nie oddycha) – to pierwsze oddechy. Ja odetchnęłam (!) z ulgą, zaraz się obudzi. Stoimy blisko, bo pacjent budzi się z rurką w tchawicy, co na pewno nie jest przyjemne (nie wyjmujemy na wszelki wypadek, jakby jednak nie oddychał). Nagle pacjent zrywa się prawie do siedzenia i od razu ręką po rurkę, żeby ją sobie wyrwać. My z prędkością światła do pacjenta, wyciągamy rurkę, uspokajamy.

Oddycha, żyje, wreszcie.

Wieziemy go na salę pooperacyjną, narzeka, że bardzo boli, dostaje więc morfinę na ból. Nie lubimy dawać pacjentom dużo morfiny po operacji. Nie dlatego, że boimy się morfiny, tylko dlatego, że całą operację dostaje fentanyl (lek silniejszy 150 razy od morfiny). Te leki są super, bo nie boli, ale tylko do pewnego momentu, kiedy dalej nie boli, ale przestajesz oddychać.
Pacjent dalej narzeka, że go boli, za chwilę już tylko jęczy, nagle przestaje jęczeć, parametry spadają, monitor wyje, no nie oddycha. A było już tak dobrze. Z prędkością światła zakładamy maskę, podłączamy tlen, podajemy nalokson (to jest taka odtrutka na morfinę), pacjent wraca do siebie, z tą tylko różnicą, że boli go niemiłosiernie (przecież właśnie zablokowaliśmy działanie leków przeciwbólowych). Teraz pacjent nie ma wyboru, tylko musi poczekać, aż nalokson przestanie działać, powoli dostaje nową morfinę. Wniosek na przyszłość: jeśli przed operacją proponują znieczulenie zewnątrzoponowe (tak, to w kręgosłup), to dobrze się zgodzić, zamiast potem cierpieć (są zabiegi bardziej i mniej bolesne, lekarze wiedzą, kiedy warto skorzystać, ale nie zmuszą przecież pacjenta).

Czekamy jeszcze trochę i możemy iść na następną operację. Ja jestem zmęczona jak po wojnie, a tu następna operacja, chyba posiedzę trochę na tym stołeczku.

Oglądany: 48597x | Komentarzy: 70 | Okejek: 334 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało