JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Walcząc dla innych, czyli mój rok w hospicjum

20 993  
160   25  
Sanex pisze: Idziesz na spotkanie. To nie jest koniec twojego świata, zależy ci jak cholera, ale jak nie tutaj, to jest jeszcze tyle innych miejsc. Tylko czy dam radę? Bez doświadczenia, bez konkretów, rzucać się od razu na tak głęboką wodę?


Przecież to najtrudniejsze z trudnych miejsc, gdzie niejedna osoba może się złamać. Będąc zwykłym cywilem na wojnie nie trafiasz od razu do oddziału komandosów. No dobra, weź się w garść, w końcu tutaj chodzi o pomoc!

Po godzinie...

Wychodzisz, powtarzając sobie „Będę twardy jak żelki z Biedronki, będę twardy jak żelki z Biedronki”. Mimo tego, że jesteś przedstawicielem tej „mocniejszej płci”, łzy płyną ci po policzku bardziej niż po bezpośrednim ataku piłki tenisowej na twoje jądra podczas towarzyskiego odbijania na korcie. Idziesz i myślisz, że to był chyba błąd, nie dasz rady, tam muszą pracować nadludzie, a nie zwykli śmiertelnicy... Karina wydawała ci się bardzo sympatyczna, mała, drobna i z tym naturalnie szczerym uśmiechem... Co może pójść nie tak? W końcu rekrutujesz się na wojnę, w bazie wypadowej numer 1.

Jednak nie pierwszy front.

Podczas tego krótkiego, ale jakże emocjonalnego spotkania dotarło do ciebie, że nie pójdziesz walczyć na pierwszy front. Jesteś dużo bardziej potrzebny w innych miejscach, a z czasem, jeśli okażesz się wytrwały i odporny mentalnie na wycisk, jaki cię czeka, może zmienisz swoje położenie. Wiesz, że to jest coś, czego prawdopodobnie większość nie zrozumie, znajomi czy nawet część rodziny. Będą mieli to w dupie, spytają się kilka razy, czy ci odbiło, po co ci to, czy nie można było znaleźć czegoś łatwiejszego. Tak jest zawsze, dociera do ciebie powoli myśl, że świata nie zmienisz. Nie masz na to najmniejszych szans. Jest tylko jedno, zasadnicze pytanie. Czyjego świata?


Misja pierwsza: Szeregowy Pakunek.

Nie chce mi się nawet o tym opowiadać. Wyobraźcie sobie, że jesteście chorzy – gorączka i te sprawy. Przed Wami kilka godzin przysłowiowego zapieprzu, a potem jeszcze podróż, pierwsza podróż do domu swojej nowej dziewczyny. O mojej eks mógłbym napisać dwie rozprawki, jeden melodramat i księgę skryptów o tym, na ile sposobów można zdradzić kogoś w związku. Nowa jest jednak znacznie nudniejsza... w pozytywnym znaczeniu tego słowa! Wracamy do misji. Oczywiście w każdej chwili możesz zrezygnować, ale czy wtedy mógłbyś narzekać na to, jaki ten świat jest do bani? Najpierw zrobisz swoje – potem ponarzekasz – taki jest plan. Siedzieliśmy tam we trójkę, później czwórkę. Ja - popieprzony blondyn, Karina – ta z pięknym uśmiechem i tatuażem (dziary są zawsze spoko – kiedyś zrobię sobie rękaw), jeszcze jeden szeregowy oraz sympatyczna pani z dzieckiem. Przez kilka godzin koordynowałeś tę żmudną robotę pakowania, aby później przez godzinę bawić się w starszego brata tej schorowanej bidulki. Dziewczyna była chora, mukowiscydoza w niezapamiętanej przez ciebie formie. Każde jej kaszlnięcie przyprawiało cię o ciarki. Słyszałeś kiedyś, jak kaszle osoba z zaawansowaną astmą? To było znacznie gorsze, głębsze, donośniejsze i sprawiało, że chory po prostu dusił się na twoich oczach. Uśmiechałeś się do niej, razem skakaliście po kartonach, kiedy do ciebie podeszła - przytulałeś to wspaniałe dziecko. Ale... za każdym razem, kiedy patrzyłeś jej głęboko w oczy - te uśmiechnięte, piękne i niewinne ślepia - w głębi duszy pytałeś dlaczego. Gdzie w tym wszystkim jest Bóg, czemu taka niewinna istota musi tyle cierpieć? Ty masz ćwierć wieku na karku, nagrzeszyłeś swoje, nie jesteś może do końca zdrowy, ale przy tym dziecku to pikuś. Pan Pikuś. Pieprzony Pan Pikuś... Agresja i żal do świata rosły. I to nie od tego przypadkowego spotkania, ale już od samej odprawy i pierwszej wizyty w tym miejscu, które wielu kojarzy się tylko i wyłącznie ze smutkiem. I ten zasrany kaszel... W tamtym momencie dałbym wszystko, aby chociaż na chwilę ona miała spokój. Jedna chwila... Skończyliście, pożegnałeś to cudownie radosne dziecko i wsiadłeś do samochodu. Jedziesz do nowej wybranki serca, ale po drodze znowu płaczesz... Wstyd jak cholera, bo przecież faceci nie płaczą?
Zdjęcie pamiątkowe z akcji

Kilka akcji później.

Okazało się, że twoje zdolności, które wykorzystujesz na co dzień w pracy – a jesteś fotografem i z tego starasz się żyć - przydadzą się w misjach dużo bardziej niż podstawowe zdolności manualne, jakie posiadasz. Oswoiłeś się już z nową rzeczywistością, potrafisz zrezygnować z wolnego czasu na rzecz tego miejsca. Nie szkoda ci odmówić sobie przyjemności na rzecz paliwa, aby dotrzeć do bazy wypadowej numer 1. Z każdą akcją, czynnością widzisz, że twój wysiłek nie idzie na marne. Ba! Przypadkiem nawet przykładasz się do budowy czegoś, o czym nie miałeś pojęcia przyjmując posadę w tej jednostce.

Po kilku miesiącach jesteś już w stanie przejąć inicjatywę i zarazić innych żołnierzy zapałem do służby. Tworzysz akcję na koniec roku, jeździsz regularnie w kilka miejsc i tworzysz coś, czego jeszcze nie było. Fotograficzny kalendarz klubu KKM, z którego dochód w całości przeznaczasz na swoją jednostkę, a nawet dokładasz coś ekstra od siebie.


Pierwsze kroki do komandosa.

Już nie jesteś szeregowym żółtodziobem. Poznałeś wiele zajebistych osób. Twoja praca jest doceniana i mimo tego, że w ogóle się z tym nie afiszujesz - czujesz dumę. Złość i żal do świata zmalały. Są nadal, ale w większym stopniu mobilizują cię do niepoddania się. Dowódca jednostki, Karina, postanawia cię wysłać do oddziału komandosów i od tego momentu, z aparatem, który w twoich rękach jest znacznie bardziej użyteczny od podstawowej broni, ruszasz walczyć o świat.


Wolontariat w miejscu takim jak hospicjum jest twardym frontem. Natomiast wolontariat w hospicjum, ale takim dla dzieci – jest najbrutalniejszą linią frontu. Polem walki, ale nie pomiędzy tymi dziećmi i światem, ale własną psychiką i słabościami.

Kluczowym momentem mojej pomocy było fotografowanie Piotrusia i jego rodziny. Jeżeli myślicie, że macie pecha, to macie rację... Tylko tak myślicie. Piotruś ma wadę genetyczną i tyle schorzeń, że nie mam ani miejsca, ani siły, by wypisać je wszystkie. Tutaj chciałbym napisać jeszcze kilka szczegółów, żeby otworzyć innym oczy jak w życiu można mieć pod górkę, z tym, że nie mogę - klauzura w umowie wolontariusza nie pozwala publikować danych wrażliwych - musicie wierzyć mi na słowo. Niemniej jednak, mimo takich przeciwności losu, ci ludzie są uśmiechnięci i potrafią się lepiej cieszyć z życia niż ja czy Ty! Takiej pogody ducha nie widziałeś chyba nigdy, zapewniam Cię!


Przez ten rok jako wolontariusz nauczyłem się wielu rzeczy, poznałem mnóstwo osób.

Wolontariusze w Śląskim Hospicjum dla Dzieci dzielą się na tych akcyjnych i medycznych. Pierwsi – pomagają we wszelkiego rodzaju akcjach. Drudzy – pomagają dzieciom i ich rodzinom. Ciężko mi powiedzieć, jaką rolę ja tutaj spełniam. Pomagam, jak się tylko da, ale co najważniejsze – staram się przejmować inicjatywę. I tutaj zaczyna się historia dzisiejszego artykułu.


Moim hobby, pasją, są gry planszowe. Od ponad dwóch lat recenzuję gry ameri, ciągle jeszcze dość niszowy gatunek nowoczesnych planszówek. W wolnym czasie je również projektuję, ale nie o tym. Większość z nas łączy gry planszowe z Chińczykiem czy Eurobiznesem, natomiast jest to świat kilkuset tysięcy (!) gier, gdzie niejeden raz rozgrywka zaabsorbuje nas do granic możliwości. World of Warcraft: Board Game – planszowa adaptacja tego komputerowego hitu, gdzie w pudełku znajdziemy ponad 200 miniaturek znanych ze świata Warcrafta, setki kart umiejętności i talentów, a sam gameplay trwa od 8 do 12 godzin. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Chcesz wcielić się w Saurona i zmiażdżyć Froda? Bum! Wojna o Pierścień i epicka, kilkugodzinna rozgrywka. Ale co to ma wspólnego z hospicjum?


Postanowiłem zebrać od moich widzów kilka gier planszowych, sprzedać je i wspólnie z nimi dorzucić kolejne kilkaset złotych do budowy Świetlikowa. O tym miejscu przeczytacie później. I tak - napisałem do kilku znajomych recenzentów, później zacząłem spamować do wydawnictw, potem jeszcze więcej spamu wypuszczałem z mojej firmowej skrzynki pocztowej. Tym sposobem po kilku dniach miałem już zaplecze większości planszowego świata, głównie dzięki pomocy i zaangażowaniu kilku wyjątkowych wydawnictw czy autorów gier. Trzeba lecieć z wiatrem, prawda? I tutaj pojawiło się Charytatywni Allegro i równoległa akcja z gwiazdami, kalendarzem, Joe Monster jako patron i tak dalej, i tak dalej... W końcu jestem bojownikiem, który wygląda jak „ksiądz z pornola” z komentarzami wartymi kilkaset okejek! Wytrwajcie jeszcze te 170 wyrazów. Tak na marginesie mam nadzieję, że w tekście nie popełniłem jakichś baboli, ale piszę go po 20 godzinach nieprzerwanego wystawiania aukcji i proszę o wyrozumiałość.

Zachęcam Was do wylicytowania wielu zajebistych gier, wsparcia Świetlikowa, kupna kalendarza, ale wiecie, do czego przede wszystkim? Czas na najważniejsze.

http://budujemyswietlikowo.pl/

Rok w hospicjum nauczył mnie jednej rzeczy. Musimy doceniać to, co mamy. To, co dla nas jest codziennością, zwykłą planszówką, hamburgerem z McDonalda, sportowym samochodem czy po prostu zdrowiem... To, czego już nawet nie dostrzegamy, co nas nie cieszy, dla innych może być szczytem marzeń.

Zacytuję tutaj kolegę Łukasza, z naszej hobbystycznej redakcji PrzyStole:
Rozkładasz planszówkę, zaczynacie grać. Niestety, już po pierwszych minutach pech sprawia, że nie będziesz się liczył w walce o zwycięstwo. Przez najbliższą godzinę pozostaje ci statystowanie pozostałym. Składacie grę do pudełka. Twoim zdaniem jest zepsuta, więc już więcej do niej nie wrócisz. Następnym razem zagrasz w coś lepszego.

Niestety, życie nie działa w ten sam sposób. Na nic nie zdadzą się narzekania, a jazdy próbnej nie będzie. Niektórzy mają pod górkę już na starcie, tak po prostu bywa. Na szczęście to od nas zależy, czy coś z tym zrobimy. Bo gdyby życie było grą, powinno być kooperacją.

Otwórzmy się na pomoc innym, bo możemy, bo warto, bo świata nie naprawimy, ale możemy go udekorować dla innych.

Wytrwałeś, dziękuję. Czas na podziękowania, szczególnie dla Marka, Łukasza i Andrzeja z PrzyStole, którzy pomagają mi się uporać z trudami organizacyjnymi. Dla Michała i Wojtka, za podzielenie się kontaktami. Dla Kasi, Nataszy, Magdy z fundacji, dla Małgorzaty z allegro. Dla Kamila za czuwanie i "deskę ratunkową". Dla allegro, Joe i innych firm za wsparcie, oraz dla Ciebie za to, że poświęciłeś swój czas na przeczytanie tekstu o pomaganiu. Na przyszłość mogę opisać bardziej szczegółowo to, jak wygląda wolontariat, jak się na niego dostać, jak można pomóc inaczej... No i o planszówkach, szczególnie tych z mojego świata, gier ameri, też mógłbym pisać godzinami.

No i linki! Strona główna akcji: http://budujemyswietlikowo.pl/

Oglądany: 20993x | Komentarzy: 25 | Okejek: 160 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało